piątek, 26 września 2014

ROZDZIAŁ VII: Przemiana

     Nie wiedziałam zupełnie co się ze mną dzieje. Czułam się bardzo... dziwnie. Moje zmysły wyostrzyły się do niewyobrażalnego wcześniej dla mnie stopnia. Węch rejestrował jakiś smakowity zapach, aż poczułam pieczenie w przełyku. Trochę jak zgaga... Paląca żywym ogniem! Pragnienie nie dawało mi spokoju, a jakaś część mojego mózgu, która odpowiadała za myślenie, a także weryfikowała wszystko dwa razy szybciej mówiła mi, że to prawdopodobnie krew mojej siostry generowała tę smakowitą woń. Słuch także się wyostrzył. Na początku słyszałam tylko jakiś bełkot, szum ale powoli zaczynałam rozpoznawać dźwięki. Czułam, że ktoś mnie trzymał i mówił do mnie, lecz dopiero po sekundzie spostrzegłam, że owe paplanie dochodzi z ust Oliviera.

- Andromedo? Andromedo! Słyszysz mnie ukochana? Ocknij się proszę najdroższa!
- Andro słyszysz mnie? To ja, Twoja siostra Joanne Editte - Zrozumiałam, że ten szum, który słyszałam uprzednio, to dźwięk pompowanej przez serce krwi, płynącej w żyłach tej kruchej istoty, będącej moją siostrą.
-  Nie wyczuwam w niej już krzty ludzkości. Wampir, z krwi i kości.
- Andromedo proszę Cię ocknij się.
Spróbowałam otworzyć oczy, choć z początku trudno mi było to zrobić. W końcu udało się. Nic nie widziałam. Wszystko było zamazane, więc zamrugałam kilkukrotnie i wreszcie zaczęłam coś dostrzegać. Teraz już wszystko było tak wyraziste, tak klarowne. Pierwszą rzeczą jaką ujrzałam była twarz Oliviera. Wiedziałam, że jest niesamowicie przystojny, lecz postrzegając go wampirzymi oczyma, wydawał mi się wręcz niewyobrażalnie piękny, boski! To on trzymał mnie w swych silnych ramionach. Jedwabny garnitur, który miał na sobie połyskiwał bardziej niż zazwyczaj. W końcu spojrzałam w jego oczy. Były takie duże i piękne, a fiolet tęczówek kojarzył mi się z polem lawendowym. Zaskoczyła mnie jednak jego mina. Wyrażała szok, a jednocześnie ulgę i bezgraniczną miłość. Nie mogłam się powstrzymać i pocałowałam go. Jego usta były słodkie i delikatne, na początku struchlał, jak gdyby bał się, by nie zrobić mi przypadkiem krzywdy, ale już po chwili całował mnie równie żarliwie jak ja jego. Pieszczota nie trwała jednak tak długo jakbym tego pragnęła, bo ktoś znacząco odchrząknął. Oderwaliśmy się od siebie, a ja zachichotałam jak urocza nastolatka. Wstałam i obróciłam się ku nim. Kiedy w reszcie ujrzeli mnie w całej okazałości, z ich ust jednocześnie wydobył się jęk zachwytu.
- Coś się zmieniło?
- Jesteś niesamowita. - powiedział Olivier
- Masz takie przepiękne oczy! - powiedziała Joanne Editte.
- To taki niespotykany kolor wśród wampirów.
I jak za dotknięciem magicznej różdżki naszyjnik spoczywający dotychczas na mej piersi uniósł się emanując oślepiającym blaskiem. Po chwili światło przestało już tak razić, następnie zgasł i opadł spowrotem na dekolt. Podniosłam go na wysokość oczu by mu się przyjrzeć. Smok miał barwę laguny w gasnącym świetle dnia z odrobiną ciepłego złota. Byłam oczarowana. Chciałam jak najszybciej zobaczyć jak wyglądają teraz moje oczy.
- Olivierze masz tu gdzieś jakieś lustro?
- Oczywiście. Chodź za mną ukochana, poprowadzę Cię.
Zaprowadził mnie do pewnej dużej sypialni, w której stało wielkie lustro, w ciężkiej złoconej, bogato zdobionej ramie. Niemal się do niego teleportowałam, ale dla wampirów to przecież całkowicie normalne. Moja sylwetka była nieco smuklejsza niż uprzednio, a włosy o kilka centymetrów dłuższe. Te nowe cechy nie wywarły na mnie takiego wrażenia, jak oczy. Miały taką barwę jak smok wiszący na mojej szyi, jednak wokół źrenic dostrzec można było dwanaście złocistych promyków rozświetlających tęczówkę o barwie głębokiego turkusu.

- Teraz wiemy już, gdzie zapodziały się płomienie dwunastu rytualnych świec.
Popatrzyłam zdumiona na Oliviera. Stał nonszalancko oparty o ciężką ramę lustra z łobuzerskim uśmiechem, który wydawałoby się, że wcale nie przystoi wcale nie pasuje osobie w jego wieku. Jednak nic bardziej mylnego. Dodawał mu chłopięcego uroku, a mimo tego był wciąż tak seksowny.
- Jeśli nadal będziesz się uśmiechał do mnie w ten sposób, to chyba się w Tobie zakocham.
- Na to liczę. - Powiedział ściszonym, nieco ochrypłym głosem od którego przeszedł mi po plecach przyjemny dreszcz.
Wróciliśmy do wielkiej sali, w której nadal czekali na nas John i Joanne Editte. Siostra siedziała na kolanach chłopaka zaśmiewając się niebogłosy.
- Widzę, że humor Wam dopisuje.
Popatrzyli na mnie, na siebie i ponownie zaczęli chichotać. Byłam pewna, że nie przeszkadza jej to, kim się stałam. W jej zachowaniu wyraźnie dostrzegłam szczęście. Nie dziwne, w końcu była ze mną, miała kogoś kto na prawdę się o nią troszczy, a do tego chłopaka, który wywoływał uśmiech na jej twarzy. Patrząc na nich sama złapałam się na głupkowatym uśmiechu. Oboje byli tacy uroczy. Jednak tak czy inaczej będę musiała porozmawiać później z Johnem o pewnej sprawie dotyczącej Joanne Editte.
Podeszłam do Oliviera obejmując go. Byłam już pewna, że i ja znalazłam szczęście. Wszystko ładnie, pięknie, jednak przez chwile zapomniałam o jednym delikwencie. Romulus. Czemu zawsze musi znaleźć się ktoś kto potrafi wszystko schrzanić? Muszę dojść do tego, w jaki sposób go pokonać i przypomnieć sobie wszystkie znane mi taktyki walki. Jednak zanim do tego dojdzie, powinnam ogarnąć swoje ulepszone zmysły i wykorzystać je w stu procentach.



- Olivierze? Nie obrazisz się jeżeli na moment Was opuszczę? Chciałabym się przejść, zaznajomić się z moim nowym "ja", tymi wszystkimi wyczulonymi zmysłami, może nawet coś rozwalić!
Uniósł znacząco brew, pojrzał na mnie z udawaną dezaprobatą i pokiwał głową z rozbawionym, niemal zawadiackim uśmiechem. Był taki przystojny!
- No co?! - Ciągnęłam dalej. - Przecież muszę wyczuć swoją siłę zanim komuś zrobię krzywdę, prawda? - Próbowałam wybrnąć.

- Nic, nic kochana. Idź się wyszalej, tylko bądź ostrożna. Obiecaj, że będziesz.
Nadal traktował mnie jak kruchą istotkę. To całkiem urocze, choć przywykłam do odgrywania roli twardzielki. Uśmiechnęłam się do niego i ucałowałam słodko. Wybuchła we mnie fala emocji. Nie spodziewałam się, że odczucia będą aż tak silne. Oderwałam się od niego i wybiegłam na dwór w zaskakującym tempie. Ciemne nocne niebo rozjaśniały jedynie księżyc i gwiazdy, jednak widoczność mnie zaskakiwała. Widziałam wszystko tak dokładnie jak w dzień w cudownym srebrzystym świetle nocy. Podbiegłam bezszelestnie na skraj lasu. Choć nie odczuwałam chłodu, wiedziałam, że noc nie była ciepła. Nieświadome mojej obecności zwierzęta oddychały powoli wydmuchując parę, a ich serca trzepotały miarowo w klatkach piersiowych. To na prawdę fascynujące jak niedoskonałym stworzeniem jest człowiek, a także to jak cudowna jest natura nocą postrzegana wampirzymi zmysłami. Jednak po chwili moje rozmyślania, przerwało znów to niepokojące uczucie. Zew krwi. Pragnienie. Muszę pożywić się nim stracę nad sobą panowanie. Skupiłam się węsząc i nasłuchując.  Gdzieś nieopodal znajdowało się jakieś duże zwierzę. Mogłoby się nadać na pierwsze pożywienie. Udałam się w stronę tropu. Jakieś sto metrów od celu stanęłam. W oddali coś błysnęło. Rozglądałam się i nasłuchiwałam. Usłyszałam warkot, więc instynktownie przybrałam pozycję bojową, szykując się na nadchodzące zagrożenie. W głowie zapaliła mi się jakaś kontrolka nakazująca ostrożność.




- Pokaż się. - Rzuciłam ostro, choć nie wiedziałam nadal z kim lub czym mam do czynienia.
 Jak na komendę z pobliskich krzaków wyskoczył rosły biały wilczur, z krwisto czerwonymi oczyma. Spoglądał na mnie nieufnie, podobnie jak i ja na niego. Warkot ustał. W pewnym momencie patrząc mi prosto w oczy stanął na dwóch nogach (czy raczej jeszcze nadal łapach) usłyszałam nieprzyjemny gruchot, niczym łamanych kości i chwilę później stał już przede mną dobrze zbudowany, na moje oko około osiemnastoletni, bardzo wysoki chłopak. Spojrzałam odchylając głowę. Oj ze dwa metry to nie wyjęte! Był blondynem, a jego oczy zatraciły krwistą barwę i stały się po prostu brązowe. Powoli wyprostowałam się, choć nadal nieufnie spoglądając.

- Kim jesteś?- Zapytałam.
- Jestem William Shetwood proszę pani. Przepraszam, jeśli zaniepokoiłem. Myślałem, że to jedna z tych czerwonookich bestii.
- Spokojnie nie należę do nich. Jestem wybawieniem dla tych którzy zostali skrzywdzeni przez Romulusa.
- Ten podły bydlak wybił mój klan, całą rodzinę... Zostałem tylko ja i moja siostra Takisha.
- Czym jesteście?- Zapytałam. Nie wiedzieć czemu nadal mu nie ufałam.
- Jesteśmy ostatnimi potomkami wilkokrwistych. Wilkokrwiści zrodzeni są z wilkołaka czystej krwi i człowieka. Od setek lat pomagamy dobrym wampirom w wojnach przeciwko czerwonym. Ale... Twoje oczy są inne. Ciężko było mi ocenić do których przynależysz, póki nie powiedziałaś o Romulusie.
- Tak. Moim przeznaczeniem jest pokonać go. Byłabym zaszczycona gdybyś dołączył do nas wraz z siostrą.
- Do nas?
Po jego minie wywnioskowałam, że nie wie o tutejszych wampirach. Zastanawiałam się też czy wie o Olivierze, skoro zna Romulusa.
- Mieszkam w tutejszym dworze Londenbergow, razem z moim asystentem Johnem Krasinskim, siostrą - Joanne Editte oraz moim mężczyzną Olivierem Londenborgiem.
- Jesteś wybranka panicza Londenborga?
- Zgadza się.
- Trzeba było tak od razu! Z przyjemnością będziemy walczyć u Twego boku.
- Wspaniale! Tymczasem muszę skoczyć na szybkie polowanie, nim stanę się jakąś bestią. Spotkamy się przy bramie dworu, dobrze?
- Tak jest!- Zasalutował, po czym znów usłyszałam ten charakterystyczny trzask i ponownie ujrzałam szkarłatnookiego białego basiora. Już po chwili zniknął gdzieś w głębi spowitego ciemnością lasu. Właściwie uznałam to za dobry pomysł i zrobiłam to samo. No może poza przemianą w wilka zachichotałam sama do siebie. Po kilkunastu metrach na mojej drodze wyrósł masywny jeleń o pięknym rozłożystym porożu. Kroczył majestatycznie w srebrzystej łunie księżyca. Ale nie miałam czasu zachwycać się pięknem przyrody. Pragnienie nie dawało mi spokoju, a zapach jego krwi był tak słodki i dziki jednocześnie. Wyczułam, że wezbrał w nim niepokój. Struchlał nasłuchując. Jednak nim zdążył zebrać się do ucieczki dopadłam jego szyi wbijając kły w prosto w tętnicę, jakbym instynktownie dokładnie wiedziała gdzie się znajduje. Ku mojemu zdziwieniu rozprawiłam się z nim z taką łatwością jakby było to zwierze pokroju królika. Nie doceniałam wcześniej siły wampirów, choć od lat z nimi walczyłam i sądziłam, że wiem na co je stać. Nic bardziej mylnego, bo dopiero teraz na prawdę zdałam sobie z tego sprawę. Niestety rogacz to nadal trochę za mało na pierwsze polowanie. W przeciągu kolejnej godziny udało mi się jeszcze dopaść rysia i lisa. I choć jako drapieżniki próbowały stawiać opór w obliczu zagrożenia, nie były w stanie w żaden sposób obronić się przed mą nabytą siłą. Zaspokoiwszy palące pragnienie wróciłam pod bramę oczekując na wilkokrwistych.  Po kilku minutach zjawili się oczywiście pod postacią psowatych. Rozpoznałam rosłego białego bysiora, a mniejsza, chuda wilczyca o sierści barwie toffi musiała być jego siostrą.



- Williamie czy moglibyście zmienić się w ludzi?
Wilk skinął powoli, dostojnie głową i znów usłyszałam ten dziwny trzask. William był o wiele wyższy i potężniejszy Takishy. Dziewczyna była ładną blondynką o drobnej figurze. Wyglądała na nieco wystraszoną. Poprowadziłam ich przez dwór do wejścia. Nie bardzo wiedziałam, gdzie się wszyscy podziali, ale po zapachu doszłam do wniosku że mogą znajdować się w wielkiej sali. Jednak jakiś zapach mi tu nie pasował. Nie był to zapach wilka. Bynajmniej. To zapach... Wampira. Pospiesznie otworzyłam drzwi i z pewną nieufnością weszłam do niego. William i Takisha szli zaraz za mną. Wyczuwałam, że są równie spięci jak i ja. W sali siedziały trzy wampiry. John z moja siostra na dwuosobowej sofie, a Olivier z jakąś wampirzyca na kanapie. Ta zaś trzymała go za rękę i wpatrywała się niego czerwonymi ślepiami. Dopiero teraz dotarło do mnie, że nie jest po mojej stronie już nie wspominając o tym, że podwala się do mojego faceta! Moje mięśnie instynktownie się napięły, usłyszałam syk, który o dziwo wydobył się właśnie z mojego własnego gardła, a zaraz za mną wyrósł wilczy duet. Dopiero wtedy Olivier zauważył moją obecność. Podbiegł do mnie chwytając mnie za nadgarstki, mówiąc spokojnie i powoli jak do wystraszonego zwierzęcia.


- Andromedo skarbie, uspokój się. Ariana nie jest wrogiem.
- Dla mnie jest! Jej oczy są czerwone! Już nie mówiąc o tym, że pozwalasz na to by Cię dotykała! - Syknęłam do niego.
- Ukochana to jest moja była, wpadła do mnie w odwiedziny.
- Świetnie! Jeszcze lepiej!- Warknęłam do niego. Żaden jego argument mnie nie uspokajał, a jeszcze bardziej podnosił poziom adrenaliny. Napięłam wszystkie mięśnie, byłam już gotowa by się na nią rzucić. Widziałam w jej oczach, że tylko na to czekała. Widziałam jak łypie pożądliwie tymi swoimi ognistymi oczami na mojego Oliviera! Nie mogłam pozwolić na to, by jakaś brudna wampirzyca odebrała to co moje. Warknęłam na nią, a wilki stojące za mną zawtórowały mi dwukrotnie mocniejszym gardłowym warkotem. Tak samo jak ja były już gotowe do ataku. Ariana wstała spięta gotowa do ataku. W tej chwili ktoś złapał mnie za rękę. Był to Olivier. Spojrzałam na niego.


- Andromedo proszę. Uspokój się. Jak widzę przyprowadziłaś gości. Usiądź, porozmawiajmy. Puścił jedną rękę, a za druga poprowadził mnie do fotela w którym to on zazwyczaj zasiadał. Usiadłam zapadając się miękkim obiciu, a wilki usiadły po obu stronach i tak jak ja groźnie łypały na Arianę. Wampirzyca także usiadła. Miała długie, gęste włosy w odcieniu ognistej czerwieni, oczy koloru starej brudnej krwi i zgrabną choć lekko kształtną sylwetkę. Mierzyłyśmy się wzajemnie wrogo wzrokiem. W tej chwili odezwał się John:

- Może powiesz nam, gdzie spotkałaś wilki?
- Nie będę rozmawiać o tym przy niej!- Wskazałam Arianę nonszalancko starannie wypiłowanym pomalowanym na burgund paznokciem.
Co to w ogóle miało być?! Czy on myślał, ze jestem na tyle głupi, by zdradzać swoje plany przy wrogu? Coraz bardziej mi się to nie podobało.


- Idę do kuchni przygotować Joanne Editte kolację i poczęstować czymś moich gości. Wrócę dopiero gdy jej już tutaj nie będzie. Wstałam z fotela i poszłam do dużej kuchni. Wilki poszły za mną i dopiero w holu się przemieniły spowrotem w ludzi.
- Nie podoba mi się to. - Mruknęłam do towarzyszy.
- Nam też nie. Dla nas ta kobieta także jest wrogiem.
- Nie będę sobie teraz zawracać nią głowy. Jeśli pozwolicie chciałabym abyście zjedli coś tutaj. Kiedy ostatni raz jedliście coś normalnego?
- Tak szczerze mówiąc to już dawno nie jedliśmy ludzkiego jedzenia. Zazwyczaj odżywiamy się po "wilczemu". - Powiedział kreśląc w powietrzu cudzysłów.
- Rozumiem.
Zaprowadziłam ich do kuchni, poprosiłam by usiedli przy długiej drewnianej ławie w jadalni połączonej niejako z kuchnią. Upiekłam ziemniaki w ziołach, ugrillowałam dwa duże wołowe steki, do tego ugotowałam kukurydze i polałam ją gorącym masłem. Do tego przygotowałam sos i całość podałam gościom. Nalałam także świeżo wyciskanej lemoniady i sama zasiadłam przy nich jedynie  z lampką wina w dłoni. Gdy dotarł do nas John również nalałam mu wina i wyciągnęłam z piekarnika ciepły placek jabłkowy smakowicie pachnący cynamonem. Podzieliłam go i również podałam na stół. Już zaczynałam tęsknić za pysznym domowym jedzeniem, a to dopiero przecież dopiero początek pełnokrwistej diety.


- Smacznego życzę.
- Dziękujemy Ci. Jesteś dla nas nadzwyczaj uprzejma. - Powiedziała Takisha, która w końcu chyba zdołała się nieco odprężyć.
- Proszę bardzo. Chcę Wam przedstawić mojego asystenta Johna i moja siostrę Joanne Editte. John, JE to są moi nowi sojusznicy - William i Takisha Shetwood. Są wilkokrwistymi.
- Miło Was poznać. - Powiedział John. - Dlaczego Ci tak odwaliło tam, w salonie?- Tym razem zwrócił się do mnie.
No tak, cały John, jak zawsze bezpośredni i od razu wali prosto z mostu.

- Bo ta cala Ariana nie należy raczej do naszych przyjaciół. Z resztą jak wszyscy czerwonoocy krwiopijcy i powinieneś o tym wiedzieć. A prócz mojego niezawodnego instynktu, nieco wzięła nade mną górę zazdrość, wielkie mi halo...
- Dobrze już dobrze. A po co nam wilki?
- Wilkokrwiści są nam niezbędni w walce z Romulusem. Ten drań lata temu wybił calutką ich rodzinę, a także pozostałą część watahy. W dodatku ich rodzice walczyli u boku Oliviera.
- Tak, to prawda walczyli u mego boku z honorem i sercem pełnym odwagi. - Głos ukochanego wyrwał mnie z zamyślenia. - I jestem zaszczycony, że i ich pierworodni, ostatni potomkowie klanu wilkokriwstych zjednają się z nami we wspólnej walce i wspólne dobro.
- To będzie dla nas zaszczyt o panie. - Powiedział William z ręką na sercu, a po chwili dodał. - Z całym szacunkiem... Ale to, że pozwoliłeś tej paskudnej pijawce z czerwonymi oczami wejść do swojego domu było co najmniej nierozsądne z twojej strony i wolałbym przyjmować rozkazy od twojej ukochanej.
- Rozumiem i szanuję waszą decyzję. Andromeda jest mi najdroższą na tym świecie, więc jedyne czego pragnę to abyście przy niej byli i chronili jakoby skarb największy.  Chciałbym wam w zamian zaproponować zamieszkanie w mej posiadłości. Jest tu wiele pustych komnat, w których znajdziecie i Wy swoje miejsce.
- Dziękujemy Ci panie to dla nas zaszczyt. Od urodzenia mieszkaliśmy w norze w lesie jak prawdziwe wilki, niemniej jednak może nadszedł czas, by w końcu skosztować ludzkiego życia.
- Jutro jadę po nasze rzeczy do starego mieszkania, więc jeśli chcecie to mogę zabrać was ze sobą. Moglibyśmy wybrać się na zakupy, co Wy na to?
- Dziękujemy za propozycję, ale na prawdę nie chcielibyśmy sprawiać panience kłopotu, Andromedo.
- Ależ, co Wy za głupoty wygadujecie? Przecież to żaden problem! A nie możecie zaprzeczyć, że jeżeli macie być teraz częściej w ludzkiej aniżeli wilczej skórze, to przydadzą wam się jakieś ciuchy. Także jutro jesteście moi, a ja nie znoszę sprzeciwu. - Rzekłam z uśmiechem puszczając do nich oczko.
Takisha wyraźnie rozpromieniła się. Wiliam widząc zachwyt siostry i moje zdecydowanie nie mógł więcej zaprzeczać.
- Jak sobie życzysz Andromedo. Postaramy się to panience wynagrodzić tak szybko, jak będzie to możliwe.
- Jesteś dla nas taka dobra! - Rzekła Takisha i uściskała mnie, choć brat spojrzał na nią karcącym wzrokiem mówiącym "Zachowuj się młoda.".

- To nic takiego, wasza pomoc jest warta o wiele, wiele więcej. Tak więc przynajmniej w ten sposób mogę Wam się odwdzięczyć. John pamiętaj, ze jedziemy jutro na patrol, a Wy jeżeli chcecie możecie jechać razem z nami. Zmieniacie się w wilki tylko w czasie pełni?
- Nie, nie. Zmieniamy się kiedy tylko chcemy.

Pokiwałam ze zrozumieniem głowa. Byłam w coraz lepszym humorze, ale sprawa Ariany wciąż nie dawała mi spokoju. Jak tylko wszyscy skończyli posiłek poprosiłam Joanne Editte by pomogła mi zmyć naczynia. Nie potrzebowałam co prawda jej pomocy, ale musiałam z nią o czymś porozmawiać. Matka najwidoczniej dalej jej o tym nie wspomniała. Moja siostra jest wilkołakiem, a właściwie, to choć o tym nie wie zawsze nim była. Gdy mama była w trzecim miesiącu ciąży zaatakował ją wilkołak. Ugryzienie w prawdzie nie podziałało na nią, ale jad wilkołaka dostał się do krwiobiegu i zagnieździł się w maleńkim stworzonku rozwijającym się w jej brzuchu. Przez całą ciążę mama męczyła się szczególnie podczas pełni księżyca, gdyż małe wilkołaczątko rozwijało się w zawrotnym tempie, gromadząc w sobie większą siłę niż ludzki noworodek. Specjalny czar jaki rzucił pewien czarnoksiężnik z Nowego Orleanu na płód pozwolił wstrzymać dalszy rozwój klątwy wilkołaka, ale to było tylko tymczasowe. Czar będzie oddziaływał na nią tylko do osiemnastego roku życia mojej siostry. Po ukończeniu pełnoletniości (przynajmniej tej europejskiej) pierwsza pełnia zneutralizuje czar. Tylko skutki mogą być nie do opanowania, gdyż klątwa była zbyt długo wstrzymywana. JE była w szoku. Nie mogła uwierzyć, że mama tyle lat to przed nią ukrywała. Powiedziała, że zawsze czuła się inna, silniejsza, potrafiła słyszeć więcej i czuć więcej niż inni. Ale nigdy by nie powiedziała, że jest jest kimś więcej niż wyczulonym człowiekiem. Miała dużo do przemyślenia. Po rozmowie posłałam ją do sypialni. Wiem, ze w takich chwilach wolała przemyśleć wszystko w samotności, chociaż tym razem i tak wiedziała, że nie może liczyć do końca na samotność. W końcu gdy tylko John usłyszy jej myśli zaraz się przy niej zjawi, jeśli już nie jest w jej sypialni. Moja siostra miała stać się wilkołakiem już za trzy miesiące. Ciekawe jak teraz będzie wyglądał ich związek, Młoda wilkołaczyca i młody dhampir. Szaleństwo. Mam jutro do załatwienia mnóstwo spraw. Ciekawe czy Shetwoodowie skończyli szkołę? Ale skoro mieszkali całe życie w leśnej norze, to nie wydaje mi się. Postanowiłam ich także zapisać do tutejszego liceum razem z moją siostrą.  Wraz Olivierem zaprowadziłam Williama i Takishę do ich sypialni. Wkrótce i my udaliśmy się do swojej. Położyłam się na tym monumentalnym łożu, dokładnie tym, które widziałam we śnie. Sen... Przypomniał mi się calutki ze szczegółami. Aż zesztywniałam.
- Co się stało ukochana?- Zapytał mnie Olivier miedzy pocałunkami w szyję.
- Miałam ostatnio sen... Który odbywał się właśnie tutaj.
- To dobry sen?
- Z początku... Ale potem...- Nie dokończyłam, gdyż moje gardło się zacisnęło.
- Potem?
Nie wytrzymałam i opowiedziałam mu jego treść. Zdradziłam mu też, że już raz mnie nawiedził mnie w ten sposób podczas mojej pierwszej nocy w mieście. Popatrzył na mnie zmartwiony i mocno mnie przytulił.
- Spokojnie najdroższa, już niedługo nie będziesz musiała się nim zamartwiać.
- Nim może nie, ale wciąż pozostaje ta cała Ariana... - Mruknęłam z niezadowoleniem.
- Nie życzysz sobie bym widywał się z Arianą?
- Czy to nie oczywiste?
- Jak sobie życzysz moja Pani. Więcej jej przy mnie nie ujrzysz.
- Dziękuję kochanie. Na prawdę działa mi na nerwy. - I jak tu go nie kochać?
Pocałowałam go na zgodę, po czym nasz pocałunek stał się bardziej namiętny. W końcu przeistoczył się w nasze prywatne igraszki.

Następnego ranka zrobiłam swojej siostrze oraz wilkom śniadanie, zaraz potem wybrałam się do swojego dotychczasowego mieszkania, gdzie zastałam krótką notkę od burmistrza. Prosił o kontakt, jednak postanowiłam zająć się tym jutro, należy mi się choć chwila spokoju. Tymczasem zabrałam się za pakowanie swoich rzeczy. Na szczęście jako, że właściwie całe życie spędzam na walizkach, to nie było tego szczególnie dużo. Uwinęłam się ze wszystkim w dwie godziny, podrzuciłam walizki na dwór, zabrałam stamtąd wilczą gromadkę, a w międzyczasie zdążyłam zapisać ich do miejscowego liceum. Udaliśmy się do Savannah Mall, gdzie obskoczyliśmy wyprzedaże. Przekąsiliśmy coś ma szybko w Subwayu, obkupiłam ich w ciuchy i rzeczy do szkoły, a sama zakupiłam jedynie prezent dla Oliviera. Nieco zmęczeni, choć zadowoleni wsiedliśmy do samochodu, by udać się w końcu do naszego wspólnego domu. Muszę przyznać, że miło jest po latach w reszcie zamieszkać wraz z innymi ludźmi. No może nie do końca ludźmi, jednak dopiero teraz mogę przyznać się sama przed sobą, że brakowało mi towarzystwa.
- Dzień dobry Kochanie, jak minął dzień? - Zapytał obdarowując mnie słodkim pocałunkiem.
- Dobrze, choć mam już ochotę na chwilę wytchnienia. Czeka mnie jeszcze zakup auta dla dzieciaków. Może zechcesz mi towarzyszyć?
- Jak sobie życzysz maleńka. - Powiedział z ciepłym uśmiechem.
- Ach! Zapomniałabym, mam dla ciebie maly prezent. - Skoczyłam do przedpokoju, sekundę później znów siedzialam na jego kolanach. - Mam nadzieję, że Ci się spodobają. Kupiłam też kilka designerskich dodatków mających wprowadzić tu nieco ducha nowoczesności. Pomyślałam także, że moglibyśmy zatrudnić służbę. Co sądzisz?
- Szczerze powiedziawszy, to nie taki zły pomysł. Od dawna ten dom nie był należycie pielęgnowany. Przyda się ktoś, kto przywróci mu dawną świetność. Zechciałabyś zająć się zatrudnieniem? Mam wrażenie, że masz niezwykłą intuicję do ludzi najdroższa.
- Coś w tym jest. Nie ma sprawy. Jutro się tym zajmę, zadzwonię do kilku agencji. Chodź do jadalni, podpytamy Joanne Editte o samochód, po czym zrobimy jej niespodziankę, będzie zachwycona!
Chwycił moją dłoń i udaliśmy do jadalni, gdzie wszyscy się zgromadzili. Gdy tylko weszliśmy William i Takisha zawzięcie o czymś dyskutowali, zaś nasza wilczo-dhampirska parka się obściskiwała. Olivier znacząco odchrząknął, a ja tylko zachichotałam.
- Cieszę się, że znów mam z kim dzielić te mury. Pustka mi doskwierała. Teraz jak niegdyś panuje tu rodzinna, radosna atmosfera. Dzięki wam ten dwór znów żyje i mam nadzieję, że tak już pozostanie.
- My również cieszymy się, że tu mieszkamy jesteśmy Ci tacy wdzięczni. Poniekąd Ty i Andromeda jesteście dla nas jak rodzice, których nie mieliśmy. - Powiedziała podekscytowana Takisha.
-  Dla JE zawsze byłam jak matka, dwójka w tę czy we w tę. - Powiedziałam rozbawiona, a wszyscy wybuchli serdecznym śmiechem. - Swoją drogą młoda. Już niedługo Twoje urodziny, co chciałabyś dostać?
- Matka... Obiecała mi auto na 18 urodziny. Ale chyba w obecnej sytuacji to nie aktualne.
- Tak? A jaki?
- Czerwonego Mustanga. Nie uważasz, że pięknie bym się w nim prezentowała?
- Oczywiście! Szkoda, że nie może dopełnić obietnicy w tych okolicznościach... Mamy coś jeszcze dziś sporo do załatwienia, więc wrócimy pewnie dopiero w nocy. A wy w tym czasie przygotujcie się na jutro, w końcu pierwszy dzień w liceum, to nie lada wyzwanie. Rano Was odwiozę. Rozpakujcie swoje zakupy, a resztę moich szpargałów zostawcie tu w jadalni. Ciebie też to dotyczy John.
- Dobrze mamo. - Zażartował. Założyłam dopasowaną, czerwoną sukienkę bez ramiączek, do tego złote sandałki na szpilce. Olivier jak zawsze elegancki, zabójczo prezentował się w idealnie skrojonym garniturze od Hugo Bossa. Wyglądaliśmy jak gwiazdorska para, niczym Angelina i Brad!
Gotowi do wyjścia wyruszyliśmy do Atlanty, gdzie mieścił się najbliższy autoryzowany salon Forda. Co prawda przed nami 3-godzinna podróż, ale czego nie robi się dla jedynej siostry!

Korekta: Wiktoria Gajewska

Obserwatorzy